50. Oda do języka

50. Oda do języka

Polacy używają na co dzień około dwóch tysięcy słów, dodatkowe trzy tysiące trzymają na specjalne okazje, jako naddatek do codzienności. Natomiast w słownikach ich autorzy pomieścili, w zależności od publikacji, od stu trzydziestu do dwustu tysięcy słów. Na pytanie, co w takim razie dzieje się z tą przeogromną, przepastną biblioteką nieużywanych słów, odpowiedź jest tylko jedna: są w książkach. Bo to właśnie pisarze poczuwają się w obowiązku do eksplorowania nieskończonych niemal zasobów rodzimego języka. To dzięki ich twórczości mamy wiedzę o tym, w jaki sposób funkcjonował język trzydzieści, pięćdziesiąt czy sto lat temu. Inną, lecz równie ważną kwestią jest to, że nie musimy znać znaczenia wszystkich wyrażeń w czytanym tekście, bo ich funkcja jest różnoraka: od tworzenia aury tajemniczości po wzbudzanie zachwytu nad formą wyrażenia niby to obcą, ale gdzieś zasłyszaną, na poły znajomą. W kontekście współczesnej literatury odnoszę wrażenie, że język ulega stopniowemu upraszczaniu, a więc marnieniu i degradacji. Pisarze albo nie chcą wprowadzać zbytniego zamętu w umyśle czytelnika, albo to ich język staje się uboższy, tak jak każdego z nas. Tym samym potrzebujemy coraz mniej słów, by nie tylko się porozumiewać na co dzień, ale też by przeczytać z pełnym zrozumieniem wybitne, współczesne dzieła literackie.

W nawiązaniu do: Jon Fosse, Drugię imię. Septologia I-II, Wyd. Artrage

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *