Jedynym dozwolonym rodzajem debiutu powinien być eksperyment literacki. Ileż można przecież czytać podobnych tekstów, różniących się detalami, a nie dosłownie wszystkim. Debiut to najczęściej próba zmierzenia się z klasykami, z ulubionymi autorami. Skoro oni mogą, to czemu nie ja? Jeśliby jednak potraktować debiut jako próbę zerwania z przeszłością, z tradycyjnymi formami fabularnymi, wówczas czytelnik co chwila byłby zaskakiwany inną, unikalną perspektywą narracyjną.
Wydaje się, że w przeszłości przyzwolenie na eksperymenty literackie było większe, istniały grupy zrzeszające takich prekursorów. Dzisiaj mało który debiutant decyduje się na celowe szokowanie czytelników. Ryzyko zbyt wielkie, inny klimat, inne obyczaje, czy zwyczajny brak odwagi? Nie ukrywam, że z wielką ciekawością przeczytałbym coś, czego od dawna nie było na polskim rynku wydawniczym: coś szalonego, nieporównywalnego do żadnego wcześniejszego utworu, a zarazem napisanego stylem nie do podrobienia.
Jeśli powiecie, że takie książki można kupić w każdej księgarni, odpowiem: tak, zgoda, ale ich autorzy nie są debiutantami. Jeśli powiecie, że pula możliwych eksperymentów literackich już dawno się wyczerpała, odpowiem: nieprawda, książki można pisać na tysiące nowych sposobów, tylko mało kto ma odwagę penetrować peryferia literackich wszech możliwości.

Dodaj komentarz