W niektóre dni czytam jedynie spisy treści. Jako skrót myślowy, jako pełne spektrum możliwości, jako kamienie milowe, które wyznaczają właściwą opowieść. Ileż tam zachęt i obietnic, ileż tam haseł i zwodniczych tytułów, ileż tam zakamuflowanych prawd. Notabene, spisy treści są kwintesencją, to tam odnajdujemy zapowiedź tego, co autor miał na myśli. Wspomnieć też warto, że rozróżniamy spisy treści poprzedzające książkę właściwą oraz te ją zwieńczającą. Zdarzają się też spisy zdawkowe, jak i takie z przerostem treści. Jednostronicowe i wielostronicowe. Być może istnieją też, w nieznanych mi językach, spisy treści, które samoczynnie układają się w wiersze, może w haiku. O zgrozo, istnieją też – o czym zaświadczam osobiście – książki sążniste, lecz spisu treści pozbawione, jakby autor czy wydawca zapomniał, że po drugiej stronie okładki siedzą czytelnicy. Trudno się takie książki czyta. Brakuje mi w nich tego naddatku, który zarazem jest zalążkiem świata z niczego, świata, w którym jedno słowo lub jedno zdanie staje się zapowiedzią epickiej narracji.

Dodaj komentarz