W branży wydawniczej istnieje pewna zależność: im lepiej dany tytuł się sprzedaje, tym proporcjonalnie rzadziej jest czytany. Prawdę mówiąc, podałem właśnie definicję bestsellera. Nie twierdzę, że to sytuacja naganna. Wręcz przeciwnie. Snobizm książkowy to jedyna odmiana snobizmu, którą jestem w stanie zaakceptować. Przecież akt zakupienia książki i umiejscowienia jej w domowym regale może stać początkiem niejednej czytelniczej przygody. To nic, że książka może przeleżeć w zapomnieniu kilka lat, a nawet całe dekady. Istnieje matematyczna szansa, że ktoś w końcu po nią sięgnie, ktoś ją przeczyta, ktoś się nią zachwyci. Albo nie. Tak brzmi druga zależność wydawnicza: niczego nie da się przewidzieć ze stuprocentową pewnością. Wszystko to tylko antycypacje, intuicje, poruszanie się po omacku. Dlatego niemal zawsze status bestsellera jest zaskoczeniem: i dla autora, i dla wydawcy. Najświeższym przykładem takiej sytuacji na polskim rynku wydawniczym jest książka “Chłopki. Opowieść o naszych babkach”, autorstwa Joanny Kuciel-Frydryszak. Ponad dwieście tysięcy sprzedanych egzemplarzy nie zdarza się w Polsce często, a na pytanie, dlaczego ten tytuł nadal bije rekordy sprzedaży, nie potrafi nawet odpowiedzieć Hanna Mirska-Grudzińska, właścicielka i redaktorka naczelna Marginesów, wydawcy tego tytułu.

Dodaj komentarz