Śmiem twierdzić, że większość pisarzy, którzy popełniliby podobne, wielotomowe dzieło co “Moja walka” Karla Ove Knausgarda, byłaby w naturalny sposób porównywana z Marcelem Proustem i jego opus magnum, “W poszukiwaniu straconego czasu”. Podobieństwo tych dwóch książek leży tu w objętości, w liczbie tomów, i w podobnym zamierzeniu pisarskim: opisać świat dookoła, z wszystkimi detalami, w sposób totalny, stawiają siebie, pisarza, w centralnym punkcie. Nie byłbym jednak skłonny do doszukiwania się innego rodzaju powiązań między tymi powieściami. Proust zachwyca opisami odcieni rzeczywistości, a język, jakiego używa, uwzniośla każdy moment, każde tchnienie tamtych czasów. Knausgard jest sprawnym opowiadaczem, jednak język jego jest pospolity, tak jak i opisywana rzeczywistość. Niemniej muszę przyznać, że Knausgard potrafi pisać sugestywnie. W pierwszym tomie znajdziemy taki oto wstęp do opowieści o ojcu: “Rozumienie świata to ustawianie się w określonej odległości od niego. To, co za małe, aby było dostrzegalne gołym okiem, na przykład cząsteczki i atomy, powiększamy, to zaś, co jest za duże, tak jak formacje chmur, delty rzek i gwiazdozbiory, zmniejszamy. “ Czytamy dalej, i nagle okazuje się, że jesteśmy już na stronie setnej, potem dwusetnej, opowieść pęcznieje od metafor i aluzji, a Proust, no cóż, Proust zaczyna się nam jawić jako relikt przeszłości, ale przeszłości doskonałej, mitycznej.
Źródło cytatu: Moja walka. Tom 1, Karl Ove Knausgard, Wydawnictwo Literackie, 2016, str. 17

Dodaj komentarz