Literatura piękna to termin jakże zwodniczy, ale i uwodzicielski. Przecież im piękniejsza, tym bardziej cukierkowa, przesłodzona, a przez to epatująca pięknem sztucznym, wykoncypowanym.
Piękno, jak wiemy, powinno być naturalne, co w literaturze przywodzi na myśl wszelkich naturszczyków, ludzi spoza środowiska, często z wykształceniem niehumanistycznym albo wręcz bez wykształcenia. Piękno tego pokroju znajdziemy zatem u Marka Hłaski, Oty Pavla, Antoine de Saint-Exupéry’ego, Knuta Hamsuna czy u Marka Twaina. Ale literatura piękna to także literatura chropowata, brutalistyczna, odrzucająca konwenanse, jak choćby ta w wydaniu Louisa-Ferdinanda Céline’a, Michela Houellebecqa, Güntera Grassa czy Dostojewskiego.
Terminem 'piękna’ nie sposób ogarnąć całej tej różnorodności literackiej, lepiej brzmiałoby sformułowanie literatura znamienita, albo literatura olśniewająca, albo literatura artystyczna, albo literatura nieszpetna, na znak odróżnienia jej od literatury szpetnej właśnie, jednak podwójna negacja jeszcze nikomu nie wyszła na dobre, więc zostawmy ten termin w poczekalni obiecujących pomysłów.

Dodaj komentarz