Jeszcze niedawno czytałem wyłącznie non-fiction, jeszcze wcześniej głównie science fiction, teraz nie wyobrażam sobie dnia bez beletrystyki i dobrego eseju. Idealnie, jeśli proza wchodzi w dialog z rzeczywistością właśnie poprzez esej, albo jeśli esej rozszerza możliwości analizowanej prozy.
Szczęśliwie się składa, bo coraz więcej takich tytułów, ostatnio choćby “Anatomia opowiadania” Miłkowskiego (chyba to najlepsza książka w ostatnich latach w kategorii reinterpretowania klasyków), ale przecież jest tego znacznie więcej: “Czytać między wierszami” Ginsburga, “Literatura jako kłamstwo” Manganelliego (ach ten Firbank!), “Milczenie i słowa” Krzysztofa Filipa Rudolfa, a także proza Béli Hamvasa, Hugo Hofmannsthala czy Georgiego Gospodinowa.
Chyba najlepiej czuję się w tekstach granicznych, meandrujących pomiędzy gatunkami. Tylko w takiej literaturze każdy chwyt literacki jest dozwolony, o ile jest dobrze uzasadniony i osadzony w narracji; tylko w takiej literaturze sensy ulegają zwielokrotnieniu w tempie wykładniczym, bo esej tłumaczy prozę, a proza przechodzi płynnie w esej.
W efekcie powstają dzieła tak wyjątkowe, że nie ma ich jak zaklasyfikować, co cieszy mnie niezmiernie, bo jeśli nie potrafimy przyporządkować tekstu do istniejących już nurtów czy gatunków, to tylko dobrze świadczy o literaturze, która wciąż wymyka się literaturoznawcom i wciąż przyprawia ich o literacki zawrót głowy.

Dodaj komentarz