Z perspektywy czasu zaczynam dostrzegać pewną prawidłowość: aby książka uwolniła w nas cały swój potencjał, musimy ją przeczytać w idealnym dla nas czasie. W tym wąskim okienku, gdy nie jest ani za wcześnie, ani za późno. Niekiedy potrzebujemy kilku podejść, zanim konkretny tytuł wpasuje się w nasz doskonały czas na tę właśnie lekturę. Niekiedy, wspominając książkę, która nas poruszyła w okresie nastoletnim, wracamy do niej po latach i dziwimy się sobie, co w niej mogło nas wtedy zafascynować. Ów niedefiniowalny czas idealny otwiera swoje podwoje ni stąd ni zowąd. Należy więc być nieustannie czujnym, z wielką rozwagą podchodzić zarówno do nowości, jak i do klasyki czy zapomnianych już dzieł literackich. Nigdy nie wiadomo, kiedy nawet pozornie błaha pozycja zyska nagle rangę arcydzieła w naszym osobistym rankingu. Nigdy nie wiemy, kiedy zbliża się ten idealny moment na książkę, którą zakupiliśmy w celu niewiadomym wiele lat temu. Dla mnie takim dopasowaniem idealnym była lektura “W poszukiwaniu straconego czasu “ Marcela Prousta w wieku lat dziewiętnastu, a stosunkowo niedawno, lektura “Białości” Jona Fossego. Gdy myślę o tych dwóch, jakże różnych tytułach, widzę siebie oczyma wyobraźni, jak czytam, jak odwracam kolejne stronice, jak przebywam w mitycznym raju utraconym.

Dodaj komentarz