Zastosowawszy złotą regułę Aby Warburga – zasadę dobrego sąsiedztwa – staram się od pewnego czasu sięgać po książkę stojącą tuż obok tej, której szukałem. Dotyczy to rzecz jasna bibliotek i księgarń, ale tylko niektórych, tych, gdzie znaleźć jeszcze można ostatnich bibliotekarzy, ostatnich księgarzy z prawdziwego zdarzenia.
Umiejętnie ustawione woluminy otwierają bowiem światy alternatywne: nie zawsze to, co poszukiwane, jest tego warte; niekiedy to, co tuż obok, okazuje się cenniejsze, także w literaturze, także w słowach spisanych przez tych mniej znanych. Jeśli mnie pamięć nie myli, tak właśnie odkryłem Roberta Calasso, podobnie rzecz się miała z dziełami Alberto Manguela czy Giorgio Manganelliego.
Szukałem zaprawdę czegoś zgoła odmiennego, ale znalazłem coś, co było mi bliskie od zawsze: wędrówki po literaturze, pełne melancholii i zachwytu. Tych wszystkich wzmiankowanych tu autorów kiedyś nie znałem. Poznałem ich dzięki anonimowym bibliotekarzem i księgarzom, który potrafili w pozorny ład wprowadzić nieco ujarzmionego chaosu, tak ustawiając tomy, aby sieć niewidzialnych powiązań między nimi była dla czytelnika zaskakująca i odkrywcza; dla nich, bibliofilów starej daty, była oczywista, ujarzmiona, sygnowana ich brawurową pamięcią.

Dodaj komentarz