97. Z nocy i mowy

97. Z nocy i mowy

Ach, cóż to za proza! Wyobraźnia dostaje zadyszki, a zmysły czezną w językowej malignie. 

Iść trzeba we dwóch, we trzech, nie gromadą. Ale nigdy samemu. Bo trzeba mieć kogoś za sobą, aby ciemność otworzona przez idącego na czele nie zamykała się natychmiast, by nie waliła się na plecy chochołem strachu. Nie masz piękniejszej gry. Gdzieś drzwi zamykane, gdzie indziej okno gasnące. Cicho, i wystarczy wznieść rękę, aby móc w palcach rozetrzeć noc, jak aromatyczną gałąź jedliny.

Niekiedy tej proweniencji proza wywołuje jednak nadmiar wrażeń, przesyt tą całą słowną ekwilibrystyką. Trzy, cztery zdania w sam raz, ale potem zaczynają się schody, prowadzące w otchłań wysokich tonów i muzyki sfer. Zbyt wiele piękna szybko nam się przejada. To dlatego zdarza mi się, że nie potrafię doczytać do końca pełnego maestrii wiersza, bowiem tej maestrii jest tam za dużo. Maestrii, co zarazem nie pozwala nam odlecieć w zaświaty, co trzyma nas mocno na swojszczyźnie.  

Źródło cytatu: Z Nocy i Mowy. Wybór opowieści, Marian Pankowski, Ossolineum, 2023, str. 12 (z rozdziału: Kiedy i w ilu wychodzić po owoc)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *