Jeśli “język polega na nieograniczonym użyciu ograniczonych środków” (Humboldt), to cała nadzieja w neologizmach lub nowych językach. Rozpatrzmy te dwie opcje rozdzielnie. Neologizm jako wybawienie ze skostniałych struktur językowych, jako oswobodzenie skrywanych znaczeń, jako coś z niczego, jako metafora, która stała się ciałem. Nowy język natomiast jako nowa, obca forma komunikacji, jako kolejny etap ewolucji, jako domena postczłowieka, jako nadzieja na zrozumienie tego, co leży poza możliwościami języków ludzkich.
Istnieje jednak wśród ludzkich wytworów kultury domena, które spełnia oba te warunki: operuje neologizmami, będąc zarazem językiem obcym, wykoncypowanym, przynajmniej dla większości z nas. To filozofia. Bowiem aby zrozumieć książkę filozoficzną, a w zasadzie traktat, bo filozofowie raczej zwyczajnych książek nie zwykli pisać, należy najpierw zapoznać się z ich idiosynkratyczną nomenklaturą, z ich specyficznym żargonem, skleconym wyłącznie w celu zobrazowania pewnej myśli, pewnego abstrakcyjnego konceptu.
Jeśli nie dane nam wniknąć w ten świat filozoficznych neologizmów, nic z takiej lektury nie wyniesiemy, nic poza zachłyśnięciem się słowami, które wymykają się znajomym intuicjom; zaś dla ich autora to jedynie proste elementy językowe, z których próbuje zbudować coś, czego sam nie rozumie, ale wierzy, że zrozumienie przyjdzie z czasem, gdy nowe słowa stworzą zupełnie nowy język do opisu nadal niezgłębionej rzeczywistości.

Dodaj komentarz