224. Próba czasu

224. Próba czasu

Głośne debiuty zazwyczaj czytam później, gdy już minie cały ten rwetes, przetoczą się fale rekomendacji, umilkną głosy oburzenia. Wówczas nowość zdąży się już nieco postarzeć, wtapiając się w tłum innych debiutów, o których już większość zdążyła zapomnieć. Wówczas to już zwykła książka, bez tego nimbu wyjątkowości, bez otoczki utkanej z nadmiernych oczekiwań i przedwczesnych werdyktów. Idealnie byłoby zabrać się do takiego debiutu co najmniej dziesięć lat od pierwotnej publikacji. Wiem, głoszę herezje, ale wówczas o rzeczywiście dobrej książce, o ile nadal funkcjonuje w przestrzeni publicznej, można powiedzieć, że przetrwała próbę czasu, że te dziesięć lat temu jej autorka czy autor trafnie zdiagnozował pewien metafizyczny problem, albo może jej czy jego wizja została napisana językiem, który nie zdążył się zestarzeć. Być może nie mam racji, ale przynajmniej właśnie sobie zracjonalizowałem problem z nowościami książkowymi: jest ich zbyt wiele, a czas wydaje się w tej kwestii jedynym wymiernym punktem odniesienia – czas jako metafora dojrzewania, ale i straty; czas jako substrat, podłoże zjawisk, odskocznia od istnienia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *