Zajmuję się kolekcjonowaniem cudzych myśl, jak każdy czytelnik. I jak każdy kolekcjoner, mam swoje fanaberie, gusta i guściki. Po pierwsze, nie ma dla mnie żadnej różnicy, gdzie napotkam piękną frazę czy niebanalne stwierdzenie; może to być wykład, mowa pożegnalna, debata (wtedy skrzętnie notuję), może to być esej czy beletrystyka (wtedy zaznaczam i podkreślam), wreszcie może to być zwykła rozmowa z nieoczekiwaną puentą (wtedy zapamiętuję, by potem rozpamiętywać). Po drugie, myśl uprzednio pojmana musi zostać przyszpilona jak motyl w gablocie; można wtedy się nią delektować do woli; stąd notatników u mnie pod dostatkiem. Po trzecie, odczuwam wewnętrzną potrzebę, by puszczać te myśli w obieg, dawać im drugie życie, niech inni też się nad nimi pochylą.
Tym sposobem cudze myśli są najpierw oswajane, potem adaptowane, zniekształcane, a na koniec mówimy Szekspirem, Pilchem albo Proustem, nawet jeśli tylko we śnie; stajemy się ich posłańcami, którzy co rusz wyruszają na poszukiwania kolejnych okazów do kolekcji.

Dodaj komentarz