Robienie w języku nobilituje i niektórym daje Nobla. Jakby zwykłe zdania, zwyczajne wyrazy imitujące codzienną mowę, nie potrafiły udźwignąć niektórych sensów, które tym mocniejsze, im lepiej napisane, im lepiej została ujęta ich esencja. Jednakże grzebanie w języku okazuje się niekiedy zbyt uciążliwe dla czytelnika, robi się zbyt gęsto, duszno, trudno się czyta, gdy mierzymy się z leksykalną siecią abstrakcyjnych wyrażeń i szalonych metafor. W efekcie preferowana jest proza płaska, narracyjna, hiperrealistyczna, gdzie język jest bohaterem trzeciego planu, o ile w ogóle.
Mając to na uwadze, targają mną sprzeczne uczucia, gdy czytam „Pasierba” Saera. Jakże dobrze to napisane, chciałoby się rzec, jakby narracja miała być dla autora tylko pretekstem do tworzenia zdań przaśnych, melodyjnych i sentencyjnych, jakby ostatecznym celem miało być tylko i wyłącznie oczarowanie czytelnika. Sama historia, ciekawa i wciągająca, nie powiem, językowo maestria, jednak zgrzyta mi między kartkami nadmiar zdań pięknych i przepięknych, jak piasek między zębami, gdy w pełnym słońcu, na przepełnionej plaży, w egzotycznym kraju, zjadamy soczystą brzoskwinię.
Narracji też można niejedno zarzucić, zwłaszcza sztucznie wykreowany i momentami niekonsekwentny świat odciętego od świata plemienia ludożerców. Niemniej czytam dalej, oczekując kolejnych monstrualnych, perfekcyjnie skonstruowanych zdań, i dopiero wówczas uświadamiam sobie, że przecież czytam inną wersję oryginału: czytam kongenialne tłumaczenie, jakby to było osobne dzieło, z innymi podtekstami. Nie czytałem oryginału, ale muszę przyznać, że tłumaczenie o niebo lepsze.

Dodaj komentarz