Gdy wyobrażam sobie czytelnika tego tekstu, zaczynam najpierw od siebie: widzę swoją twarz, swoje oczy, które starają się zaglądnąć pod litery, gdzie ja, pisarz, teraz rezyduję, ukrywając swoje prawdziwe motywy, także te literackie. To taka gra w chowanego, podczas której ten, co się ukrywa, musi się w pewnym momencie ujawnić; pytanie, który z nich?
Pisząc dużo i szybko, zazwyczaj jednak nie myśli się o czytelniku, bo nie ma na to czasu, trzeba trzymać w ryzach alfabet, żeby przypadkiem się nie rozsypał i nie zaczernił świata kaligraficznym chaosem.
Pisząc dla siebie, nastaje jednak taki czas, że tekst aż się prosi o puszczenie go wolno, co też czynię: słowa już nie należą do mnie, od teraz każdy może sobie z nich zbudować własny latawiec i czekać na wiatr, a może i huragan.

Dodaj komentarz