Księgarnie i antykwariaty przemijają. To znak czasów. Jeszcze niedawno w każdej małej miejscowości, a w dużych miastach w każdej niemal dzielnicy, funkcjonowała co najmniej jedna księgarnia. Książki były na każdym kroku, w witrynach połyskiwały kolorowe okładki i pełne tajemnic tytuły. Idąc przez miasto, można było zaglądnąć do ulubionej księgarni czy antykwariatu, by zamienić parę słów z księgarzem czy antykwariuszem, by kupić tytuł, który do dziś nas zaskakuje lub wprawia w zadumę. Dziś na książki można, owszem, natknąć się w koszach, jakie zostały specjalnie w tym celu zainstalowane w supermarketach i tym podobnych świątyniach kapitalizmu. Leżą bezładnie porozrzucane, ze stronicami pozaginanymi, z okładkami przetartymi. Książki nowe, nieużywane. Tak niestety jest obecnie kształtowany wizerunek książki. Jako przedmiot niskiej wartości. A skoro książkami można tak pomiatać, to dlaczego nowości kosztują tak drogo, zapyta jeden z drugim. I po co mi w ogóle książki, zapyta drugi z trzecim.
“Ludzka tożsamość wiąże się ściśle z miejscem. Dlatego te miejsca, które przemijają albo pojawiają się i znikają, budzą w nas niepokój.”
Tak pisze Alastair Bonnett w książce “Poza mapą”. Pisze w niej, jak głosi zresztą podtytuł, o utraconych przestrzeniach, niewidzialnych miastach, zapomnianych wyspach i dzikich miejscach. Pisze więc niejako o wszystkich nieistniejących już miejscach, w których kiedykolwiek kupiliśmy choć jedną książkę, ale miejsc tych już nie ma. Jakby zarządca tego świata postanowił, że książki należy ogrodzić od obywateli, a jeśli naprawdę chcą mieć do niech dostęp, niech szukają na własną rękę gdzie indziej. Co znajdą, to ich.
Źródło cytatu: Poza mapą, Alastair Bonnett, PWN, 2015, str. 19

Dodaj komentarz