187. Niech żyje anonim

187. Niech żyje anonim

Jestem zagorzałym zwolennikiem oddzielania tekstu od autora. Powodów ku temu jest mnóstwo, wymienić wszystkich tu nie sposób. 

Mówi się, że tekst żyje własnym życiem, i to powinien być w zasadzie punkt wyjścia do dalszych rozważań. Załóżmy, że znamy wydane dzieła jakiegoś autora, ale jego prawdziwa tożsamość pozostaje dla nas nieznana. Czyż nie jest to idealna sytuacja, gdy tekst broni się sam? Zresztą nawet współcześnie zdarzają się takie sytuacje, gdy autorzy umiejętnie ukrywają się pod pseudonimem (Elena Ferrante, Malcolm XD i wielu innych). 

Weźmy teraz sytuację odwrotną. Znamy wcześniejsze publikacje autora, którego cenimy i lubimy. Właśnie wydał kolejną powieść, kupujemy ją dla nazwiska, a tu rozczarowanie. Co poszło nie tak? Otóż winę ponosi owo usilne utożsamianie autora z tekstem. Przecież tylko niektóre książki wielkich pisarzy są rzeczywiście wybitne. Pozostałe bywają tak marne, niedopracowane, że nie powinny się były w ogóle ukazać drukiem. Jednak magia nazwiska działa i będzie zawsze działać. Bowiem nazwiska traktujemy jak drogowskazy w czasie podróży przez miejsca nowe, nieznane, egzotyczne. Nie widzę jednak przeszkody w tym, aby tytuły książek nie mogły pełnić tej samej funkcji.

To z kolei prowadzi do wniosku, że autor, z prawdziwego imienia i nazwiska czy ukryty pod pseudonimem, musi nam, czytelnikom, zostać zaprezentowany transparentnie, z otwartą przyłbicą. Trudno bowiem sobie wyobrazić współcześnie sytuację, gdy fenomenalna książka ukazuje się bez żadnego oznaczenia autora. Anonimowo. W zasadzie można by wówczas podejrzewać, że autorem jest sztuczna inteligencja, tylko nie ma podstaw prawnych, by nadać jej rangę ludzkiego autora. 

Brnąc dalej w filozoficzne aspekty aktu czytania, należy zadać zatem finalne pytanie: do czego autor jest nam potrzebny, skoro zachwycamy się tylko wytworem jego wyobraźni? Przecież pamiętamy łacińskie maksymy, nie mając żadnej wiedzy o ich autorach. 

Zdaję sobie sprawę, że odwracam w ten sposób naturalny bieg rzeczy, ale dzięki temu jestem w stanie sobie wyobrazić anonimowego dla czytelników autora, którego książki sprzedają się w milionowych nakładach – a on jest szczęśliwym urzędnikiem, którego nikt nie podejrzewa o skłonności do literatury. 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *