347. O literaturze słów kilka

347. O literaturze słów kilka

Literatura to takie nie wiadomo co. Słowo pisane, słowo drukowane to konkret, to coś namacalnego, współgrającego z dotykiem i innymi zmysłami. Natomiast literatura może zabawiać albo drażnić jedynie nasze tęsknoty, wyobrażenia i inne abstrakcje. Jako byt niedookreślony, literatura panoszy się w słownikach i encyklopediach, wchodząc w przelotne związki zarówno z umysłami krytycznymi, analitycznymi i dociekliwymi, jak i tymi nacechowanymi głównie emocjami, myśleniem życzeniowym i wydumanym.

Nie dość, że nie ma jak jej zdefiniować, to jeszcze dzielimy ją na gatunki, co sprawia, że widok osoby czytającej może nasuwać dziesiątki najprzeróżniejszych skojarzeń: od podejrzenia o mądrość lub poszukiwania tejże, poprzez zanurzenie w czytadłach, co to czas kradną, po dawanie upustu najniższym instynktom, gdy ten, co niby czyta, wysysa z lektury tylko ideologie i nic więcej.

Niemniej kochamy literaturę, książki, biblioteki i antykwariaty, jakby ten naddatek do rzeczywistości nas miał uspokoić: jeszcze nic straconego, póki ludzkość ma co czytać, jeszcze nic straconego, póki rodzą się kolejni pisarze. Nic to, że to raczej pewne, że nie doczekamy się nowej Szymborskiej, nowego Miłosza, nowego Pilcha, nowej Bator, bo za parę dekad nikt ich nie będzie już czytać, nie mówiąc o naśladowaniu ich stylu, ich wrażliwości ze strony nowego pokolenia twórców.

Żyjemy w najlepszym okresie dla czytelników w historii świata: to, co najlepsze w tej jakże trudnej do zdefiniowania literaturze, mamy w zasięgu ręki, całą jej przeszłość i teraźniejszość, a to, co nas trwoży, dotyczy przecież niewydrukowanych jeszcze kalendarzy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *