Nigdy, ale to przenigdy, nie mieliśmy, jako ludzkość, tak nieprzebranej mnogości dzieł wielkich, znakomitych, oryginalnych, zarówno w muzyce, sztuce czy literaturze, i cierpimy od tego nadmiaru, od tej nadmiarowości geniuszu, nie jesteśmy w stanie tego skonsumować, docenić, przeżyć, i wciąż poszukujemy nowości, świeżych nazwisk, nowych trendów, jakby to, co już jest, nie wystarczało, jakby zawsze nam było mało, i gdybyśmy czytali tylko klasykę, albo zapomnianych już autorów, żylibyśmy wyłącznie w przeszłości, a przecież to, co współczesne, jest nam najbliższe, więc nigdy nie będzie nam dość pisarzy, którzy oddają ducha czasów, pisarek, które wreszcie walczą o swoje, i młodych umysłów, które piszą literaturę jak nikt przed nimi, dorośli już tego nie zrozumieją; nastaje inny czas, inna wrażliwość, mimo że nic się nie zmienia na świecie, nadal te same błędy, te same niesprawiedliwości, błędne koło toczy się po równi pochyłej, napędzane syzyfową udręką, na straży ostali się tylko wierni czytelnicy, którzy nadal wierzą w moc słowa, w jego sprawczość, i którzy, po wielu żmudnych lekturach, wybierają dla siebie po jednym pisarzu, i ci wybrani będą im służyć jako przewodnicy po rzeczywistości możliwej, choć tak mało prawdopodobnej.
478. Nigdy, przenigdy

Dodaj komentarz