Literatura potrafi zawładnąć umysłem, ale kino też, niekiedy jeszcze głębiej, dosadniej, mocniej. W słowach można się zatracić, tak samo jak w obrazie, w długim, trwającym kilka minut ujęciu, gdzie pozornie nie dzieje się nic wielkiego, ale im dłużej trwa scena, tym więcej zaczynamy widzieć, a może i rozumieć.
„Memoria” to film składający się z bardzo długich ujęć, metaforycznych, zakrzywiających wręcz czasoprzestrzeń pamięci i wspomnień. Nie piszę często o materii filmowej, mimo że dobrych filmów chyba widziałem więcej niż przeczytałem dobrych książek. Tym razem muszę poczynić wyjątek, gdyż od pewnego momentu fabuła przeistacza się w narrację iście borgesowską.
Niezwykłe to uczucie: oglądać film i nagle zdać sobie sprawę, że jesteśmy w jednym z opowiadań Borgesa, i to w takim, którego nie zdążył napisać, ale które potencjalnie było w nim cały czas. Złudzenie borgesowskie pojawia się w filmie za sprawą jednego dialogu, jednej sceny, w której główna bohaterka, słowami Tildy Swinton, dowiaduje się czegoś kluczowego w kwestii swoich wspomnień.
Nie powiem więcej: kto widział, ten wie, a kto nie widział, ten być może będzie chciał dać sobie szansę. Celowo używam sformułowania “dać sobie szansę”, bo jest w nim taka mnogość interpretacyjna, że brzmi adekwatnie, tym bardziej, że brzmienie, dźwięk i cisza to postaci pierwszoplanowe w tym dziele, jeśli nie arcydziele, filmowym.
.
.
.
Mowa o filmie: „Memoria” (2021), reż. Apichatpong Weerasethaku, obecnie dostępny na stronie festiwalu Nowe Horyzonty.

Dodaj komentarz