W chwilach czytelniczego zwątpienia (to nie, tamto też nie), sięgam po tytuły sprawdzone, wielokrotnie przekartkowane, ponadprzeciętnie zaczytane. Głównie dzienniki różnej proweniencji, a także wywiady i rozmowy z pisarzami. Z tego też względu Sandor Marai gości w moich myślach nader często. Przeglądam się w jego tekstach, sprawdzam, gdzie jestem, jakie zmiany u mnie zaszły. W tle utrwalone po wsze czasy zapiski Maraia, służące jako punkt wyjścia, jako punkt docelowy, jako miejsce, gdzie zbiegają się nasze odległe, choć komplementarne losy: jego – pisarski, i mój – czytelniczy.

Dodaj komentarz