Porządkując magazyny i pisma literackie, dostrzegłem na jednej z okładek trzy słowa, które wprawiły mnie w nastrój pogodny i nostalgiczny jednocześnie. Ich treść brzmi: “leczę się polszczyzną”, i muszę przyznać, że jest to jedno z najbardziej enigmatycznych, wielowątkowych, i zarazem lapidarnych wyrażeń, z jakimi miałem do czynienia ostatnimi czasy. “Leczę się polszczyzną” to fraza, której mógłby użyć i raper, i poeta, i nauczyciel, i obcokrajowiec uczący się naszej mowy. Jednak dla mnie to nawiązanie do piękna naszego języka, jego brzmienia, frazy i melodyjności, ale także wielkiej historii, której jest depozytariuszem.
Sprawdziłem też z ciekawości, co sam autor tej frazy miał dokładnie na myśli:
“Ja leczę się polszczyzną i równocześnie opatruję jej rany. Właściwie użyte słowa, współbrzmienie frazy z czasem i losem, otarcie się o piękno zmysłowo odczuwanego sensu powoduje, że znajdujemy szczelinę, promień światła i obaj możemy odżyć.”
To tylko fragment, całość jest jeszcze mocniejsza. Wystarczyć nam jednak powinno to pierwsze zdanie, bo jest w nim wszystko, co powinno znaleźć się w polskojęzycznym zdaniu doskonałym: tragizm, cierpienie, ale i nadzieja pokładana zarówno w języku, jak i w losie:
“Ja leczę się polszczyzną i równocześnie opatruję jej rany.”
.
.
.
Źródło cytatu: Piszę wtedy, kiedy muszę, Z Janem Polkowskim rozmawia Ireneusz Staroń, w: Nowe Książki, 1/2022, s. 5

Dodaj komentarz