349. Pisarskie dygresje

349. Pisarskie dygresje

Myślę sobie, że powinienem skupić się na książkach, które właśnie piszę, i nie pisać tych zapisków, które są tylko dygresją do właściwego pisania. Potem zdaję sobie sprawę, że nie ma różnych odmian pisarstwa, jest tylko jedno, to tożsame z autorem, pod jego wszystkimi możliwymi, choć skrzętnie ukrywanymi tożsamościami.


Zaczynam rozumieć Pessoę, dlaczego używał ponad siedemdziesięciu pseudonimów i heteronimów: tylko w taki, a nie inny sposób, mógł stworzyć zastępczy świat zaludniony tymi wszystkimi, których każdy pisarz tak bardzo potrzebuje: kolegami po fachu, z którymi dyskutuje się o niczym i wszystkim; krytykami, którzy chwalą i karcą z niewiadomych powodów; dziennikarzami, którzy coś tam przeczuwają, ale zazwyczaj nie trafiają w sedno; i tymi wszystkimi czytelnikami, którzy biorą każde słowo jako znak, jako objawienie, jako tęsknotę za inną rzeczywistością, w której to oni rozdają karty, w której to oni stają się pisarzami, w której to oni muszą ukrywać się przed przeznaczeniem.


Nie każdy przecież ma tyle sił, żeby sprostać pisarskiemu powołaniu; niektórzy potykają się o niepozorne słowa, które ich usidlają na dobre. Tym nieszczęśnikom, lub szczęściarzom – zależy, jak na to patrzeć – nie pozostaje nic innego jak czytać to, co napisali inni.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *