Istnieją w bibliotece ludzkości takie książki, których głównych celem jest mnożenie pytań. Nie wiem, czy właśnie wymyśliłem nową zasadę bibliofilską, czy owa zasada była znana już wcześniej i jedynie czekała, bym to ja odkrył ją ponownie. Nie jest to teraz istotne. Ważne, że w tej chwili mam do czynienia z taką właśnie pozycją. “Spokój ducha. Co zyskujemy z wiekiem” – jakże minimalistyczny i jakże zgrabny ów tytuł z podtytułem – mierzy się z ideą starości i wszelkimi konceptami pokrewnymi.
Wilhelm Schmid, autor tej niewielkiej rozmiarami książeczki, zadaje dziesiątki pytań, które urastają do rangi tych, na które nie ma dobrej odpowiedzi. Pyta, ile lat należy mieć, aby miarodajnie wypowiadać się na temat starości? Co oznacza osiągnięcie spokoju ducha w podeszłym wieku? Czy można mentalnie przygotować się na nadejście starości? Czy warto robić wszystko, aby czuć się wiecznie młodym, nawet za cenę ośmieszenia? I na czym tak naprawdę polega problem zwany starością?
W tej ostatniej kwestii autor podejmuje jednak próbę udzielenia odpowiedzi, która wydaje się nie dość, że trafna, to zarazem oddaje ducha naszych dziwnych, zagmatwanych i trudnych do ogarnięcia rozumem czasów. Brzmi ona następująco:
“Otóż deprecjonuje się ją, uważa za pozbawioną jakiegokolwiek sensu, a nawet postrzega jako chorobę, którą należy w porę rozpoznać i zdecydowanie zwalczać. “
Książka, która zmusza do dialogu z sobą samym, to dobra książka. Dlatego dodałbym kolejne pytanie do tego zestawu: jak i kiedy nadeszła era takiego myślenia o starości? Przecież historycznie rzecz ujmując, starość kojarzyła się z mądrością, cieszyła się społeczną nobilitacją. Nie mam teraz gotowej odpowiedzi, mam jednak nadzieję ją odnaleźć po ukończeniu wspomnianej książki.
.
.
Źródło cytatu: Spokój ducha. Co zyskujemy z wiekiem, Wilhelm Schmid, WAB, 2017, s. 12-13, przekład Barbara Niedźwiecka

Dodaj komentarz