Każdy, kto pisze, pisze najpierw dla siebie. Inaczej się nie da. Nie sposób przecież wybiegać myślą tak daleko i pisać pod czytelnika, pod jego oczekiwania i aspiracje. Znowu idealizuję; oczywiście, że można, tylko się nie powinno. Bo pisze się najpierw dla siebie, a to dlatego, że autor jest swoim pierwszym, najbardziej wnikliwym i najbardziej wybrednym czytelnikiem. Ileż to rękopisów spalili niezadowoleni autorzy, ileż to korekt dokonują, zanim końcowa wersja ujrzy światło dzienne. Pisze się dla siebie, bo najwięcej radości daje ta chwila, gdy słowa zaczynają się układać w zdania przyprawiające o zawrót głowy. Nie muszą być perfekcyjne, nie muszą zawierać nadzwyczajnego przesłania, wystarczy, że ich szyk jest tak doborowy, że nie mógłby być inny; w przeciwnym razie całe akapity rozsypałyby się jak domek z kart. Dopiero gdy autor uzna, że jego tekst już do niego nie przynależy – zrobił, co do niego należało – wydaje wewnętrzną zgodę na jego upublicznienie. Zaczyna się od przypadkowych osób z najbliższego otoczenia, a przy sprzyjających wiatrach jego dzieło może nawet zwiedzić pół świata. Nastaje era czytelnika, który chłonie tekst, nie poznawszy autora osobiście, nie znając niekiedy nawet jego narodowości. Na koniec to czytelnik powie, że książka została napisana z myślą o nim, tak jakby pisarz kierował słowa bezpośrednio do niego, jakby czytał w jego myślach i tylko je spisywał.

Dodaj komentarz