Tadeusz Konwicki tak zaczyna “Zorze wieczorne”:
“Ja nie umiem i nie lubię pisać po polsku. Moje książki to pobojowiska dramatycznych walk z polszczyzną. Ale przecież nie znam żadnego innego języka.”
Chwilę potem dopowiada:
“Nie lubię słów. Już nie mam do nich zaufania. Nażyłem przez lata wiele uprzedzeń. Stałem się podejrzliwy i wszystkie one stłoczone w zdaniach cudzych i moich wydają mi się brzydkie, rachityczne, niezdolne do uniesienia myśli czy uczucia.”
Niemniej wiemy doskonale, że to gra z czytelnikiem, z językiem, a jej efektem są zdania wyborne, sążniste, polszczyznę hołubiące. Czytam więc dalej, bowiem jestem pewien, że czekają mnie kolejne frazy, o jakich nawet nie śniłem.
“Jeszcze o słowach. O słowach, z których składa się polszczyzna, mój mały, prywatny czyściec.
Jak już wspomniałem, są słowa ładne i brzydkie, pojemne i ciasne, dźwięczne i głuche, pachnące i lekko cuchnące, podniosłe i skromne, wesołe i posępne, głupkowate i majestatyczne. Są słowa płaskie jak deska, przenoszące tylko informację pozbawioną wszelkiego zabarwienia czy to intelektualnego, czy to emocjonalnego. I są słowa łaskoczące naszą wyobraźnię, pobudzające ekrany pamięci, uruchamiające podświadomość.”
.
.
.
Źródła cytatów: Zorze wieczorne, Tadeusz Konwicki, Alfa, 1991

Dodaj komentarz