335. Nadchodzą czasy pseudonimów

335. Nadchodzą czasy pseudonimów

Przepisem na ponadprzeciętną sprzedaż książek jest dziś albo skandal, albo rozpoznawalne nazwisko. Skandal rzecz jasna może przybierać najprzeróżniejsze formy: od szokującego tematu, podchwyconego przez przypadkowego recenzenta, przez internetową inbę, umiejętnie podsycaną przez zainteresowanych, po kreaowanie nowych bytów wydawniczych, ukrywanych pod zgrabnie skonstruowanymi pseudonimami. O rozpoznawalności nazwisk pisać nie chcę, bo musiałbym zahaczyć o sferę celebrycką, nawet jeśli autorów i autorek z prawdziwego zdarzenia jest w niej całkiem sporo. 

Doczekaliśmy się czasów bez autorytetów, co w odniesieniu do branży wydawniczej sprowadza się do braku recenzentów, którzy nie dość, że powinni pisać miarodajnie, merytorycznie i mistrzowsko, to jeszcze powinni mieć moc oddziaływania na rzesze czytelników. Dziś na setki wydawanych tytułów przypadają tysiące domorosłych recenzentów, aktywnych głównie w mediach społecznościowych, co w istocie rzeczy nie jest złe, jedynie sprawia, że trudno wyrobić sobie zdanie o polecanej książce: każdy ma inne zdanie, każdy widzi w niej coś zupełnie innego. I co najważniejsze, recenzje rządzą się głównie emocjami. Działa więc to mniej więcej tak: skoro kogoś obserwuję i cenię, z założenia bardzo często utożsamiam się z jego opiniami. Tylko że jeśli obserwuję dziesiątki osób, ich wrażenia o tych samych książkach okazują się skrajnie odmienne, co doprowadza mnie na skraj dysonansu poznawczego.

Przejdźmy jednak do sedna, czyli do pseudonimów. To bodajże najpotężniejsze narzędzie marketingowe w arsenale każdego wydawcy, jednak mało kto z niego aktywnie korzysta. Śmiem jednak twierdzić, że jest to trend zyskujący na popularności, bowiem znacznie łatwiej jest wypromować tajemnicę niż przyziemną rzeczywistość. Nuda przegrywa z zagadką, nad którą muszą głowić się wszyscy, którzy się z nią zetkną, włącznie ze mną.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *